BENEFIT BADgal BANG! mascara

by

Moje relacje z tuszami do rzęs marki Benefit bywały różne. Po bardzo udanej przygodzie z BADgal lash, później niestety wielkim fiasku z They’re Real!, następnie pozytywnym zaskoczeniu z Roller Lash, przyszła pora na nowość o obiecującej nazwie – BADgal BANG! mascara.

Początki naszej znajomości były trudne. Winię za to głównie luźną konsystencję, która była przeszkodą w stworzeniu wymarzonego wachlarza rzęs. Taka formuła ma niestety tendencję do sklejania rzęs, o czym dobitnie przypominała przy każdorazowym użyciu. Wymagała ogromnej wprawy i dużej dawki cierpliwości, a końcowy efekt i tak nie był do końca takim na jaki liczyłam.

Na szczęście, o czym wielokrotnie się już zdążyłam w życiu przekonać, między miłością a nienawiścią jest cienka granica i z czasem nasza relacja #hate zamieniła się w płomienne #love. Konsystencja stała się bardziej kremowa i idealnie zaczęła współpracować z moimi rzęsami. Świetnie też dogadywała się z dużą szczoteczką Slimpact!, która została specjalnie zaprojektowana, aby pokryć górne i dolne rzęsy, od nasady aż po końce, od jednego kącika oka do drugiego. Wreszcie udało się uzyskać efekt imponującej objętości.

Każde kolejne użycie BADgal BANG! mascara sprawia mi coraz większą przyjemność i nieskrywaną satysfakcję. Przeczesywanie rzęs zygzakowatym ruchem trwa kilka sekund, a efekt jest fantastyczny. Rzęsy są świetnie rozdzielone, wydłużone i wyciągnięte ku górze. Maskarę można nakładać warstwowo, bez obaw o sklejenie czy obciążenie rzęs. Producent chwali się antygrawitacyjną formułą, która zawiera najlżejsze ze znanych cząsteczek, wywodzące się prosto z kosmicznej technologii, a także prowitaminą B5, która pogrubia i wzmacnia rzęsy, wspaniale zwiększa ich objętość, bez zbędnego balastu.