Zdenkowane, odkupione, pokochane? M·A·C

by

Tak sobie czasem myślę i szukam w głowie odpowiedzi na pytanie co najlepiej obrazuje nasze uczucie do produktu. Bo są takie, które są tylko w porządku i niby do niczego się przyczepić nie można, ale gorącej miłości z tego nie będzie. Są też takie które po prostu lubimy, używamy z nieskrywaną satysfakcją, ale płakać po nich wielce nie będziemy. W końcu jest cała masa innych, może lepszych, bardziej kolorowych i kuszących. W każdej z nas drzemie dusza odkrywcy, uwielbiamy poznawać nowości i szukać, nie do końca czasem sprecyzowanego ideału. Gdy już go znajdziemy, kochamy niemalże na zabój, używamy namiętnie i nie dopuszczamy nawet myśli, że miałby się kiedyś skończyć!

Wniosek więc jest jeden. O sympatii do produktu najlepiej na ogół świadczy częstotliwość jego używania. Co za tym idzie, im większa sympatia, tym większe zużycie. Tak trudno się przecież opamiętać i odmówić sobie tej przyjemności. O jeszcze większej miłości, takiej może nawet forever & ever, świadczy fakt gdy na widok zbliżającego się denka z obłędem w oczach kupujesz jego zapas. Dopiero wtedy możesz spać spokojnie i używać go dalej bez większego żalu. Masz takie produkty? Takie odwzajemnione miłości, którym mogłabyś wyryć na ławce w parku WNM (Wielka Nieskończona Miłość! pamiętasz?)? Ja mam!

O moich pielęgnacyjnych miłościach często Ci wspominam. Są ze mną tak długo, że mam wrażenie jakby były od zawsze. Gdy otwieram jedno opakowanie, w szufladzie musi stać co najmniej kolejne.. Micel Biodermy >>, dwufaza Chanel >>, Lip Glow Dior >>, żele pod prysznic i mydła Bath & Body Works >>. Mogłabym jeszcze kilka wymienić, ale dziś chciałam się skupić na kolorówce. Produktach jeszcze bardziej wyjątkowych, bo przecież ich zużycie to już nie jest taka prosta i szybka sprawa jak w przypadku pielęgnacji. Jeśli więc nie wystarcza mi jedno opakowanie, nie zdążę się nim znudzić i muszę kupić kolejne, to wiedz że jest coś na rzeczy! Przejrzałam zawartość swoich szuflad i najwięcej takich gagatków znalazłam wśród produktów MAC. Oto więc moje MACowe miłości.

Kolejność przypadkowa, ale Fluidline >> w odcieniu Blacktrack musi być na samej górze listy! Mój pierwszy eyeliner ever. To na nim uczyłam się malować swoje pierwsze kreski. Darzę go wielkim, gorącym uczuciem i ogromnym sentymentem! Uwielbiam w nim wszystko. Konsystencję, łatwość obsługi i intensywność czerni. Choć linerów w mojej kolekcji znajdziesz naprawdę wiele, niektóre naprawdę fantastyczne i genialne (Tom Ford Eye Defining Pen >>, Sisley So Intense eyeliner >>), to Fluidka nigdy zabraknąć nie może. Nie wiem ile juz słoiczków zdążyłam zużyć, w szufladach odnalazłam 3 – jedno zużyte, jedno w użyciu i jedno w zapasie. To musi być #love

mac fluidline blacktrack

Jak już jesteśmy przy makijażu oczu, to nie mogło tu zabraknąć tuszu do rzęs In Extreme Dimension >>. Łączy mnie z nim relacja love & hate. Jednak wiadomo nie od dziś, od miłości do nienawiści bardzo krótka droga i w naszym przypadku działa to też w drugą stronę. Jak jest świeży, to jest bardzo nieznośny, zbyt mokry i obklejający rzęsy nadmiarem dobroci. Tak go wtedy nie cierpię, że mam ochotę zakopać w najdalszym, najciemniejszym zakamarku i nigdy już nie musieć oglądać. Ale cierpliwości! Jak nieco podeschnie robi takie czary mary o jakich mogłaś tylko śnić. Pięknie rozdziela, wyczesuje, podkręca, zagęszcza i wydłuża. Rzęsy za milion dolarów! #love

mac in extreme dimension

Podkład Studio Fix to jeden z moich pierwszych MACowych zakupów. Jedni go kochają, inni nienawidzą. Dość kontrowersyjny, lubi zapychać, niektórym niefajnie pachnie i robi tapetę. Ja mam wrażenie, że nie o nim mowa, bo żadnej z tych rzeczy doszukać się w nim nie mogę. Poza zapachem, rzeczywiście dość specyficzny, ale nie umieściłabym go w grupie nieprzyjemnych. Poza tym fantastycznie kryje, ładnie matuje i pięknie wygląda. Nigdy mnie nie zapchał, a do tapety dłuuga droga. Nawet nie muszę się starać by ładnie wyglądał. On robi to za mnie. #love

mac studio fix

Róż Taupe >> to jeden z fajniejszych produktów do konturowania jakie widziałam. Odcień idealnie szarego brązu, który tworzy piękny, naturalny cień. Kiedyś dostępny tylko w linii PRO, potem z niej zniknął, ale na szczęście powrócił 2 lata temu w kolekcji limitowanej. Znów mogę go używać do woli i robię to z ogromną frajdą i przyjemnością! #love

mac taupe blush

Denka doczekały się również dwa cienie – Mylar i Bisque. Ten pierwszy pięknie rozjaśnia powiekę, wyrównuje jej koloryt i jest tak uniwersalny, że pasuje do wszystkiego. Ten drugi idealnie dopasowuje się koloru skóry i rozblendowuje ciemniejsze kolory, tworząc między nimi ładne, naturalne przejście. #love

mac mylar bisque

Niemniej uniwersalny jak powyższe, choć jego przeznaczenie w moim przypadku to najczęściej brwi – cień Brun >>. Idealny odcień brązu. Na tyle ciemny że nie muszę machać pędzlem w nieskończoność, jednocześnie na tyle jasny że efekt jest wyraźny, ale nadal mieści się w moim osobistym słowniku pod pojęciem ‚naturalność’. Wypełnia brwi dokładnie tak jak lubię! #love

mac brun

Uwielbiam je wszystkie i każdego z osobna. Na samą myśl o zbliżającym się denku odczuwam wewnętrzny niepokój. Staram się do tego nie dopuścić i zawsze z odpowiednim wyprzedzeniem dokupuję kolejne opakowanie. Taka kolej rzeczy nie zaburza naszych relacji!