Tom Ford Velvet Orchid EDP

by
O mojej wielkiej miłości do Black Orchid Toma Forda już Wam pisałam. To od niej zaczęła się moja niesłabnąca fascynacja zapachami sygnowanymi inicjałami TF. Dziś przedstawiam Wam jej młodszą siostrę – Velvet Orchid.


Velvet Orchid (370 zł / 50 ml, 515 zł / 100 ml), to niezwykle kobiecy, orientalno-kwiatowy zapach, hojnie obdarzony dramatyczną nutą rumu, miodu i kwiatowych płatków, zrównoważoną odświeżającym akordem cytrusów. Błyskawicznie odkrywa przed nami swoje oblicze, nadając klasycznej kwiatowej woni Black Orchid zupełnie nowego wymiaru. Drzewne nuty i pikantne akcenty przypraw legendarnego zapachu łagodzi aromat kwiatów, spowijający całą kompozycję nieodpartą aurą kobiecości. Charakterystyczne dla Black Orchid nuty zwierzęce, świeżość płatków i otulające skórę ciepło zostały przez Toma Forda odkryte na nowo z urzekającym efektem.

Z początku słodki i buzujący, za sprawą rumu, bergamotki i miodu. Po kilku minutach do głosu dochodzą kwiaty – orchidea, magnolia, jaśmin, róża. Bawią się ze sobą, idealnie uzupełniając i uwodząc. Kremowe tło dla nich tworzy ciepła, zamszowa wanilia. Koniec (a może to dopiero początek?!) jest bardziej cielesny, zdominowany w dużej mierze przez drzewo sandałowe. Wszystko podane na tej samej orientalnej bazie, znanej z Black Orchid (klik).

Mając w nosie i głowie ten zapach nie widzę już niedostępnej kobiety ubranej w czarną długą suknię, brylanty i futro, którą widzę przy Black Orchid. Tutaj widzę nagą kobietę, zmysłowo otuloną jedwabną pościelą. Jest szalenie kobieca i sexowna, ale nie tak drapieżna i odważna.

Nie sposób w Velvet Orchid nie dopatrywać się podobieństwa do kultowego Black Orchid (klik). Już pierwsze zanurzenie w nim nosa przywołuje na myśl tego samego twórcę i podobny klimat. To siostry, może kuzynki. Wychowane w tym samym środowisku, mają te same korzenie, ale każda poszła swoją drogą. Velvet Orchid jest łatwiejszy w odbiorze, ‚bezpieczniejszy’ i mniej ‚bezczelny’. Równie zmysłowy i ponętny, ale nie obezwładnia tak jak Black Orchid. Myślę, że pokochają go nie tylko fanki Czarnej Orchidei, ale i osoby, dla których była ona za mocna i za bardzo dzika. Velvecik zmierza w innym kierunku. Jest bardziej słodki i kwiatowy. Nadal diabelnie uwodzicielski, cielesny, ekscytujący, nieco mroczny, zadziorny i wibrujący, ale bardziej gładki, kremowy, miękki i aksamitny.