Zużycia #15

by
Nawet nie chcę liczyć ile czasu minęło od mojego ostatniego denkowego wpisu, ale duuużo. Pękający w szwach koszyczek nakazał wreszcie zabrać się do roboty, więc jestem 🙂

Po kolei:

Chanel Demaquillant Yeus Intense – ukochana i najlepsza dwufaza ever. Recenzja (klik).
Pat & Rub Płyn Micelarny – ni płyn micelarny, ni tonik, ale polubiliśmy się. Recencja (klik).
MAC Marine Bright Softening Lotion – świetny lotion! Porządnie nawilżał, delikatnie zmiękczał i koił skórę oraz ładnie neutralizował czerwoności.
Bioderma micel – tutaj chyba pisać nic nie muszę. Kolejne puste butle, następna w użyciu, kilka następnych w zapasach. Uwielbiam!
Nuxe micel – przyjemnie domywał makijaż twarzy, ale z tuszem radził sobie średnio. No, ale to micel, nie wymagam tego od niego.

Organique peeling enzymatyczny – świetny! Na pewno się jeszcze spotkamy. Recenzja (klik).
Filorga Meso-Mask – fantastyczna! Moje drugie opakowanie, tyle że mniejsze od poprzedniego pełnowymiarowego, bo 15 ml. Recenzja (klik).
MAC Green Gel Cleanser – stosowany ze szczotką Clarisonic doskonale oczyszczał skórę, zmiękczał ją i pozostawiał delikatnie zmatowioną.
LUSH Catastrophe Cosmetics – moja ukochana maseczka! Recenzja (klik).

Eisenberg Creme Contour Des Yeux & Levres – lekki, choć jednocześnie bardzo odżywczy krem pod oczy! Recenzja (klik).
Estee Lauder Clear Difference Serum – mój mały wybawca. Szybko i skutecznie doprowadził do ładu moją strefę T. Recenzja (klik).
Sisley Sisleyouth – doskonały! Recenzja (klik).
Eisenberg Sublime Tan – filtr SPF50, którego używałam na twarz, czasem ramiona, gdy wystawiałam się na słońce. W efecie nie spiekłam się na raczka, a skóra nie schodziła w niekontrolowany sposób (w sumie nie schodziła wcale :)).
Dior One Essential serum – to tylko miniaturki, więc w przypadku takiego produktu jak serum ciężko o ocenę. Na plus na pewno przyjemna, lekka konsystencja, świetne nawilżenie, delikatne wygładzenie skóry i ograniczenie, a na pewno nie przyspieszanie świecenia się skóry.
Clinique Repairwear Laser Focus serum – podobnie jak wyżej, z tym że ilość jeszcze mniejsza, więc na jakiekolwiek wnioski zdecydowanie za wcześnie.

Organique mydło z owsem – produkty Organique uwielbiam, jednak do mydeł nie zabiło mi mocniej serce. Ot, poprawne.. i tyle.
Bath & Body Works mydła w żelu – pisałam już wiele razy i wiele razy jeszcze to zrobię. Moje ukochane i najwspanialsze, których zapasy powoli przestają mieścić się w szufladach.

Organique żel pod prysznic nasturcja i granat – pisałam o nim w poprzednim poście. Recenzja (klik).
Lierac żel pod prysznic – konsystencja na plus, ale bardzo drażnił mnie zapach. Z każdym użyciem niestety coraz bardziej. Końcówkę zużyłam z bólem serca.
Bath & Body Works żel Midnight Pomegranate – zdecydowanie moje ulubione żele, o czym również wiele razy już pisałam. Zapasy, podobnie jak w przypadku mydeł, nieco przytłaczające 😉
L’Occitane żel Fleurs Merveilleuses – bardzo lubię produkty do mycia z L’Occitane. Ten żel nie odstawał od innych jakie miałam okazję używać. Świetnie się pienił, dobrze oczyszczał skórę i pięknie pachniał.

Tołpa regulujący płyn do higieny intymnej – odkryłam je zupełnym przypadkiem i od kilku opakowań kupuję regularnie. Świetnie oczyszczają, nie podrażniają i do tego bardzo ładnie pachną.
Vichy zielona kulka – moja ulubiona od wielu już lat i pewnie na kolejne ze mną pozostanie.

Eisenberg Soin Pur Eclat – olejek w sprayu, którego używałam na ciało wylegując się na słonku. Stosowałam go również po opalaniu dla ukojenia skóry i utrwalenia opalenizny. Jeśli nie znajdę nic innego w przyszłym roku, być może znów się spotkamy. Recenzja (klik).
The Body Shop masło borówkowe / jagodowe – moje pierwsze i póki co jedyne masło z TBS. Fajny zapach, bardzo treściwa konsustencja i mocne nawilżenie. Jak tylko (jeśli kiedykolwiek ;)) ograniczę zapasy mazideł do ciała, chętnie poznam inne wersje zapachowe.
Phenome Anti-Aging krem do rąk – uwielbiam serię sukrową z Phenome, przede wszystkim za zapach! Tak też było z tym kremem. Mogłabym wąchać i wąchać. Nawilżenie również bez zarzutu, ale w ciągu dnia krem stosowałam w minimalnej ilości, bo pozostawiał na skórze śliską warstewkę. Większą ilość tylko na noc. Minus wielki za malutką nakrętkę, którą czasem ciężko trafić w ‚zawór’. Wiele razy spadała pod łóżko i potem musiałam gonić się z kotem, by mi ją oddał 😉 Drugi minus za to, że przy końcówce opakowania (choć nadal było w nim kremu na kilkanaście użyć) tuba zaczęła pękać po bokach i krem uciekał każdą dziurką. Jeśli miałabym do niego wrócić, to już nie do tego opakowania.

Rene Furterer Naturia szampon – delikatny, ale całkiem nieźle radził sobie z oczyszczaniem. Ładnie zmiękczał i delikatnie wygładzał włosy. Te maleństwa starczyły na 4 mycia.
Organique Anti-Age szampon – przeciekająca przez palce konsystencja, minimalne pienienie (tak wiem, nie ma SLS, ale szampon z serii Bloom Essence pieni się znakomicie!), musiałam co najmniej 3-4 razy myć włosy by czuć, że są w miarę dobrze oczyszczone, wydajność przez to wszystko bardzo niska. Na sam koniec włosy mocno splątane, ale i tak kładłam na nie maskę, więc na to mogę przymknąć oko. Dla mnie największe, i na szczęście póki co jedyne, rozczarowanie wśród produktów Organique.
Organique Anti-Age maska do włosów – na szczęście dużo lepsza od szamponu. Pozwalała je rozplątać, delikatne wygładzić i ujarzmić.

Revitalash odżywka do rzęs – skończyły się już dawno temu, ale stały sobie prawie puste czekając nie wiem sama na co. Kochałam za to co zrobiły z moimi rzęsami, ale tylko przy codziennym stosowaniu. Przejście na sugerowany przed producenta tryb ‚co 2-3 dni’ przyniósł wielkie rozczarowanie. Recenzja (klik).
LUSH Whip Stick lip balm – pyszny czekoladowy balsam do ust. Dobrze nawilżał i zawsze robił mi ochotę na ‚coś słodkiego’ 😉
LUSH Snow Fairy lip tint – mniej pyszny balsam, delikatnie barwiący usta. Bardziej toporna konsystencja od czekoladki i coraz bardziej drażniący mnie zapach. Choć pozostało go jeszcze sporo w opakowaniu, rozstajemy się bez bólu.
Delia henna – hennę brwi robię regularnie od wielu już lat. Nie mam swojej ulubionej, ta akurat najczęściej wpada mi w oko w sklepie, więc po nią sięgam od kilku już opakowań.

Jak widać, denkowym mistrzem nie jestem i chyba nigdy nie będę. Nie obiecuję już nawet poprawy, bo zawsze to robię, a skutki i tak są mizerne 😉