Różowo-koralowe love

by
Pomimo iż kocham bronzery i róże, które nimi choć po części są, to w mojej kolekcji znajdzie się również gromadka odcieni, które z bronzerami wiele wspólnego nie mają. Sięgam po nie najwięcej wiosną i latem, bo pięknie kolorują i odświeżają lico. Dziś pokażę Wam te, które wybieram najczęściej.

Niektóre wybory dokonane były drogą ostrej selekcji. Zasady były dwie. Przede wszystkim z danej firmy jedna sztuka, nie więcej (tutaj patrzę choćby w kierunku róży Chanel, które kocham wszystkie.. no matter what!). Drugą zasadą, której jak widać na załączonym obrazku, nie trzymałam się wcale, był limit sztuk pięć. Miała być złota różowa piątka, a wyszło jak zwykle 😉

Diorskin Nude Shimmer 001 Rose / Pink (klik) cudowny, nieco trójwymiarowy róż. Pięknie odświeża i delikatnie rozświetla lico. Wchodził w skład wiosennej kolekcji Dior, choć chodziły pogłoski, że ma wejść do stałej oferty (?).

Guerlain Madame Rougit (klik) jest mieszanką róży i koralu, ale na skórze najwięcej tego drugiego. Skradł moje serce już podczas pierwszej aplikacji w zeszłym roku, z ogromną ochotą wróciłam do niego tej wiosny (i lata). Plasuje się na jednej z pierwszych pozycji najlepszych z najlepszych. Wchodził w skład zeszłorocznej jesiennej kolekcji Guerlain.

MAC Dainty, to zdecydowanie jeden z moich ulubionych mineralnych róży i chyba jeden z popularniejszych w MAC. Jaśniutki róż z maleńkimi rozświetlającymi drobinkami. Świetnie napigmentowany, ale nie da się zrobić nim krzywdy. Dziewczęcy i subtelny.

Clinique Peach Pop (klik), najnowsze dziecko Clinique, które chyba każda z Was już wiele razy widziała. Koralowy róż w kwiatkowym wydaniu zwraca uwagę, przyciąga i intryguje. Obłędnie kremowa konsystencja doskonale wtapia się w skórę dając zdrowe świeże glow.

Benefit Coralista, to mój pierwszy róż od Benefit ever. Jak widzicie jeszcze w starym opakowaniu, więc dość wiekowy. Mam do niego ogromny sentyment i choć kartoników Benefit mam kilka, to po niego sięgam najczęściej. Piękny brzoskwiniowo-koralowy, subtelnie rozświetla i daje świeży, naturalny, zdrowy rumieniec. No i cudownie pachnie!

Rouge Bunny Rouge Orpheline (klik), chyba najbardziej intensywny z całej tej różowej gromadki. Przepiękna truskawka ze świetanką, która cudownie odświeża i rozświetla policzek, choć drobinek w niej nie znajdziemy. Czary mary 🙂

NARS Deep Throat, to nie wiedzieć czemu niedoceniony przez wielu brat Orgasm’u. Jest równie ładny, choć ciut bardziej różowy i dużo mniej drobinkowy. Jeśli więc komuś w Orgasm’ie ten shimmer przeszkadza, niech koniecznie zerknie na Deep Throat.

Chanel Malice, to przepiękna brzoskwinka z odrobiną różu. Mój jest wersją amerykańską, czyli prasowaną, a nie wypiekaną, przez co jest mocniej napigmentowany i mniej błyszczący. Cudownie wibruje na poliku, odświeża i dodaje zdrowego delikatnego blasku. Jak wszystkie róże Chanel pachnie obłędnie i każde otwarcie kompaktu powoduje przyspieszone bicie serca.

Uwielbiam je wszystkie, ale gdybym musiała wybrać tylko jeden by zabrać go na bezludną wyspę, byłby to Chanel Malice i Guerlain Madame Rougit (nie umiem wybrać jednego!). Nie wiem na ile to kwestia kolorów, które oczywiście uwiebiam (!), a na ile ogólnej miłości do obu marek?! 🙂

Dior – NARS – MAC – Clinique
Chanel – Benefit – Guerlain – Rouge Bunny Rouge

Macie swoje ulubione wiosenne / letnie odcienie? Może któryś z moich ulubieńców jest i Waszym ulubieńcem? Podzielcie się swoimi typami 🙂