Benefit They’re Real! Push-up liner

by
To już trzy lata odkąd marka Benefit wprowadziła na rynek maskarę They’re Real!, która zdobyła fenomenalną popularność (wiecie, że co 10 sekund na świecie sprzedaje się jedna maskara!). Mistrzowie makijażu, stojący za tym sukcesem, przygotowali kolejną przełomową nowość, która zadebiutuje na rynku już w piątek, o której już na pewno większość z Was słyszała. Nazywa się they’re real! push-up liner i jest reklamowana jako pierwszy w historii otulający rzęsy eyeliner w żelu. Z maskarą bardzo się nie lubiłam, ale z linerem wiązałam wielkie nadzieje.


Opracowanie perfekcyjnego eyelinera zajęło zespołowi Benefit ponad 5 lat, spędzonych w laboratoriach w Japonii i na testowaniu go na całym świecie. Zwracano uwagę na każdy szczegół – począwszy od ergonomicznego kształtu po wyjątkową końcówkę, której kształt ma być perfekcyjnym połączeniem elastyczności, gwarantującej łatwe rysowanie kreski oraz stabilności, która zapewnia kontrolę.

Lubię kreski, a że nie jestem mistrzem w ich malowaniu, lubię szybkie, łatwe i skuteczne rozwiązania. Ten liner taki się wydawał. Opakowanie dobrze leży w dłoni i gwarantuje wygodę aplikacji. Liner ma konsystencję gęstego kremu, który ‘wysuwa’ się z dziurki w gumowym aplikatorze po przekręceniu końcówki. Płaski, szeroki trzon aplikatora pozwala na stabilną aplikację tuż przy linii rzęs. O kresce za jednym pociągnięciem możemy oczywiście pomarzyć (mi się w każdym razie nie udaje), ale dobrze się flamastrem operuje i bez problemu można uzyskać ładną, równą kreskę. Niekoniecznie jednak szybciej czy łatwiej niż linerem w żelu i dobrym pędzelkiem. Myślę, że wszystko to kwestia wprawy. Na plus tutaj jednak, w stosunku do moich ulubionych linerów w słoiczkach, opakowanie które mogę zabrać w podróż bez obaw, że się zbije.

Wszystko byłoby super, gdyby nie jedna rzecz, której nie potrafię zrozumieć. Liner jest bardzo trwały, nawet micel Biodermy nie daje sobie z nim rady tak od razu. Trzeba naprawdę mocno trzeć, by usunąć go z powieki (Chanelowej dwufazie idzie dużo szybciej, ale ona usuwa wszystko). To co widzicie na zdjęciu na prawo, to efekt kilkukrotnego, bardzo energicznego pocierania wacikiem z micelem. Paradoksalnie jednak trwały nie jest, bo ma tendencję do odbijania i co gorsze nie zawsze, więc ciężko przewidzieć co będzie się działo akurat dziś. Czasem wytrzymuje 5 godzin, czasem 10. Czasem odbija się mniej, czasem bardziej. Istna loteria.

Tutaj macie efekt z wczoraj, niecałe 10 godzin po nałożeniu. Nieco wytarł się w wewnętrznych kącikach, odbicie właściwie minimalne. To był zdecydowanie nasz dobry dzień.. ale bywają dużo gorsze.

Dla mnie to świetne rozwiązanie na krótkie wyjście z domu. Na dłuższe, dla pewności i spokoju, wybieram mój ukochany, sprawdzony duet – MACowy fluidline lub chromaline i pędzel 266.


Mam dla Was dwie mini wersje linera, jeśli więc macie ochotę sprawdzić jak Push-up liner będzie sprawować się na Waszym oku wyraźcie chęć posiadania w komentarzu. Macie czas do piątku. W weekend, w tym poście, podam imiona dwóch szczęśliwców, do których polecą linery.

Mam również po linerze dla moich lubisiów na FB (klik) i Instagramie (klik), gdzie po południu ruszę właśnie ruszyłam z rozdaniem. Jeśli więc macie ochotę zwiększyć swoją szansę, zapraszam 🙂


Benefitowe TARlinery trafiają do:
@ Ewelina K
i
@ Marta Sieniawska

Gratulacje! Poproszę o maile z adresami.
Pojawiły się już również wyniki zabawy na FB (klik) i Instagramie (klik).

Bardzo dziękuję wszystkim za udział w zabawie i zapraszam na kolejne, już wkrótce 🙂