TomFord-owe Love

by
Czy jest taka marka, na której już samą myśl rośnie Wam puls, przyspiesza bicie serca, rumienią się policzki? Taka, która Was na swój sposób uzależniła i chcielibyście wszystko, nawet jeśli absolutnie nie potrzebujecie? Poznajcie Moją…

Tom Ford – TF – to nazwisko, te inicjały działają na mnie od kilkunastu tygodni niezwykle pobudzająco. Zaczęło się od podkładu, miało szybko się skończyć, a ja ciągle chcę więcej i więcej! Wkroczyłam na drogę nieustannego pożądania i pragnienia.. a to dopiero początek..

 

Podkład szybko rozbudził we mnie chęć eksploracji innych rejonów marki. Wzrok mój padł na pędzle, które jak wiecie kocham, zbieram i kolekcjonuję (czasem też używam ;)). Zaczęłam od tych do oczu, potem dokupiłam do twarzy. Teraz wiem, że chcę je wszystkie i jedyne co mnie pociesza, to fakt, że jest ich tylko 12. Jestem więc już prawie na półmetku 😉

Chwilę później wkroczyłam na niebiezpieczny teren, który nigdy mnie szczególnie nie emocjonował. Perfumy.. fascynujące i uzależniające! Zaczęłam od chyba najpopularniejszego zapachu, czyli Black Orchid. Do towarzystwa dokupiłam mu w zeszłym tygodniu na lotnisku Violet Blonde (brak go na zdjęciach, bo zdjęcia robiłam przed wylotem ;)), a dumam jeszcze nad Velvet Orchid i pewnie prędzej czy później dołączy on do gromadki.

Potem spontanicznie dokupiłam rozświetlacz w pisaku i po nieco dłuższych namysłach eye liner. Musiałam też mieć róż do policzków, a i lakier do paznokci do kompletu 😉

Póki co tylko tyle, a chcę dużo więcej! Tom Ford mnie od siebie uzależnił i myśl o kolejnym zakupie świdruje mi w głowie każdego dnia. Możecie być pewni, że o tym Panu jeszcze u mnie nie raz przeczytacie! 🙂