Benefit Agent Zero Shine

by
Wszyscy chyba znamy wygładzającą i zmniejszającą widoczność porów bazę The POREfessional od Benefit. Agent Zero Shine (149 zł), to jej młodsza siostra, której tajemną misją jest zlikwidowanie święcącej się cery i zmniejszenie widoczności porów! Benefit zapewnia, że w starciu z Agentką świecenie się nie ma żadnych szans.

Muszę zatrzymać się na chwilę przy samym opakowaniu. Kolorowa solniczka 🙂 Wygląda radośnie i nieco zabawnie, ale została tak fajnie obmyślona i zaprojektowana, że praca z nią, to prawdziwa frajda. Od góry mamy kubeczek na puder, od dołu wykręcany pędzelek. Sama tuba z pudrem ma dozownik w postaci sitka, które po przekręceniu zamyka i blokuje dziurki. Mamy pewność, że po otwarciu, puder nadal będzie w tubie, a nie w kubeczku. Bez obaw więc możemy go nosić w torebce czy zabrać w podróż. Nowość to dla mnie żadna, spotkałam się już z tym rozwiązaniem przy pudrze La Prairie (klik), ale cieszy fakt, że i Benefit o takiej możliwości ułatwiającej życie pomyślał.

Sporna może się wydawać obecność pędzla. Bo z jednej strony mamy tutaj ‘wszystko w jednym’ i nie potrzebujemy nic więcej, ale z drugiej strony ‘zabiera’ on przestrzeń na puder, w efekcie czego zawartość opakowania to jedyne 7 g.

Puder występuje tylko w jednym kolorze – średnim żółtawym beżu. Do mojej dość bladej skóry świetnie się dostosowuje i myślę że dla wiekszości karnacji (poza mocno bladymi i mocno ciemnymi) dopasować się powinien.

Znakomicie się nakłada, ja najczęściej nakładam go właśnie tym małym, załączonym do opakowania, pędzlem. Wysypuję odrobinę pudru do zakrętki, nabieram na pędzel i kolistymi ruchami wcieram w skórę, skupiając się najbardziej na miejscach, w których rozszerzone pory wystepują. Puder bardzo dobrze wblendowuje w skórę i pozostaje na niej właściwie niewidoczny. Nie jest nadmiernie suchy, nawet nieco wilgotny, dobrze trzyma się pędzla i nie osypuje się podczas aplikacji. Jest leciutki, miałki i bardzo delikatny.

Agent Zero Shine zawiera wyciąg z nasion soczewicy, znany ze swoich właściwości obkurczających rozszerzone pory i sprawiający, że wygląd skóry jest bardziej jednolity oraz Polimery High-Tech – kontrolujące świecenie się skóry. Pozostawia na skórze wykończenie będące czymś pomiędzy satyną i matem. Nie ma rozświetlenia, ale też i płaskiego matu. Przetłuszczenia na mojej, lubiącej się wyświecać od jakiegoś czasu brodzie, próżno było szukać przez pierwsze 5 godzin. Po tym czasie konieczna była poprawka. Mi jednak bardziej niż na macie zależało na zmniejszeniu widoczności porów, bo z tą przypadłością nie każdy produkt sobie poradzić potrafi. No i efekt bardzo mnie zaskoczył. Same zobaczcie (zdjęcie można powiększyć).

Byłam nieco sceptycznie nastawiona do tej nowości od Benefit. Opakowanie, które początkowo wydawało się bardziej zabawne niż praktyczne, okazało się świetnie obmyślonym ‚wynalazkiem’, którego używa się z prawdziwą przyjemnością i niebywałą łatwością. A sam puder doskonale poradził sobie z porami, na co szczerze mówiąc, nawet nie liczyłam.