Benefit Watt’s Up!

by
Lubię się rozświetlać 🙂 Nie jak latarnia morska, ale lubię delikatny błysk, bo dodaje buzi zdrowego glow. Używam zwykle tradycyjnych rozświetlaczy w kamieniu, ale wpadło kiedyś w moje łapki takie oto Benefitowe cudo i pomimo początkowego dystansu jaki nas dzielił (no bo nie w kamieniu :P) dość szybko się polubiliśmy.
Watt’s Up! spakowany jest w odmienny nieco sposób od innych rozświetlaczy, mianowicie w sztyft. Ma on dwie końcówki – z jednej strony z wysuwanym przez przekręcenie rozświetlaczem w kremie, z drugiej małą gabeczką.
Konsystencja przyjemnie zbita, nie jest nadmiernie śliska, ale nie trzeba też szczególnego wysiłku, aby nałożyć go na skórę.
Nie ma znaczenia czy zrobimy to bezpośrednio na podkład czy na już przypudrowane lico. W obu przypadkach świetnie się nakłada, nie tworzy plam i dobrze się blenduje. Gąbeczka jest za mała i zbyt precyzyjna, dlatego ja wolę wykonywać tę czynność swoimi osobistymi palcami. Efekt końcowy możemy stopniować i bez obaw dokładać produkt czy to paluchem czy bezpośrednio ze sztyftu.
Watt’s Up! ładnie wtapia się w skórę tworząc z nią prawie integralną całość. Daje piękny szampański połysk bez świecących drobinek. Cudownie rozświetla i daje ten zdrowy glow, o jaki ja zawsze zabiegam. Stanowi idealne wykończenie makijażu. Nie wysusza ani nie osadza się na włoskach, ale może niestety usadowić się w porach. Nie znika z twarzy w ciągu dnia, tylko siedzi dzielnie do samego wieczora.
Lubicie taki rodzaj rozświetlaczy? Czy stawiacie na produkty w kamieniu?