La Prairie Cellular Treatment Loose Powder

by
Nigdy nie byłam fanką sypkich pudrów. Z moją wrodzoną niezdarnością zawsze udawało mi się go wysypać 😉 Poza tym są bardzo niepraktyczne w podróży, a ja bardzo często podróżuję. Z uwagi jednak na moją suchą cerę, jestem niejako na sypańce skazana, bo są delikatniejsze i jest mniejsze ryzyko, że zrobią mi krzywdę. Jednym z pudrów, który jakiś już czas temu, zamieszkał w mojej toaletce jest jedwabisty puder La Prairie.

Puder otrzymujemy w ogroooomnym kartonie. W środku mamy 2 puderniczki. Większą i mniejszą, która ma być wersją podróżną. Duża ma otwieraną klapkę i szpatułkę w zestawie, służącą przesypaniu pudru do maluszka, gdy go opróżnimy. Pomijając fakt, że łącznej ilości obu pudrów (66 g!) nie zużyjemy przez najbliższe dziesięciolecie, to rozwiązanie zasługuje na uznanie. Zawsze można się z kimś podzielić. Moje duże opakowanie znalazło nowy domek, a ja zostawiłam sobie małe.

zdjęcie sprzed roku, dlatego nieco odstaje od pozostałych 😉
Co pierwsze rzuca mi się w oczy, z perspektywy osoby często podróżującej, to fakt że sitko możemy zamknąć! Pierwszy raz spotykam się z takim rozwiązaniem. To jeden z powodów, dla których pudry sypkie były dla mnie zawsze mało praktyczne i nadawały się tylko do stacjonarnego użytkowania. Tutaj przekręcamy sitko i mamy pewność, że po otwarciu, puder nadal będzie pod sitkiem, a nie pod klapką.

Puder występuje w 3 odcieniach, jednak producent zapewnia, że każdy z nich ma pozostać na skórze niewidoczny. Pod uwagę brałam najjaśniejszy, ale gdy okazało się, że wpada w róż, zdecydowałam się na odcień ciemniejszy – numerek 20. To ładny beżyk z domieszką żółci, a takie mojej zaczerwienionej buzi najbardziej służą.

Puder jest drobniutko zmielony, w dotyku jedwabisty. Ma w sobie malutkie skrzące drobinki, ale nie jest to brokat czy glitter. Coś jak prasowane Meteoryty. Nie jest tak suchy i sypki jak inne pudry, z którymi się spotkałam, tylko delikatnie wilgotny, przez co lepiej ’łapie się’ pędzla i ryzyko bałaganu ogranicza do minimum.

Odcień, wbrew moim początkowym obawom, wcale nie jest za ciemny, tylko ładnie stapia się z kolorem cery. Nie ciemnieje w ciągu dnia. Cały czas jest bardzo naturalnie. Choć miał dawać przezroczysty efekt, to mam wrażenie, że jednak delikatnie wyrównuje koloryt. Buzia jest cudownie wygładzona, wygląda świeżo, zdrowo i promiennie, jest subtelnie rozświetlona.

Puder jest delikatny, lekki i nie czuć go na skórze. Daje satynowe wykończenie. Można go dokładać w ciągu dnia, co ja wielokrotnie robiłam i nadal pozostaje niewidoczny, nie wchodzi w zmarszczki ani załamania, nie osadza się na włoskach i co najważniejsze nie wysusza ani nie podkreśla suchych skórek.

Cellular Treatment Loose Powder kosztuje ok 320 zł, ale pamiętajmy, że łącznie otrzymujemy aż 66 g pudru (w 2 puderniczkach). Możemy kupić puder z kimś na spółkę i kosztami się podzielić. No i nie zapominajmy o tym, że La Prairie ma świetne składy i ich kosmetyki kolorowe nie tylko nas upiększają, ale i pielęgnują od środka.