Estee Lauder Heat Wave

by
Żelki Estee Lauder, to kosmetyki już chyba kultowe. Wszystko zaczęło się od Modern Merury, potem zawiałą nudą i było kilka, moich zdaniem, mało ciekawych odcieni. Aż do teraz, gdy światło dzienne ujrzał nowy słoneczny Heat Wave.
Spakowany z prześliczny złoty kompakt z dużym lusterkiem i małym gąbkowym aplikatorem. Troszkę ciężko się otwiera i trzeba uważać, by nie złamać pazura, ale liczę że się wyrobi 😉
Takie aplikatory dodawane do pudrów zawsze wydawały mi się zbędnym gadżetem. Do czasu gdy użyłam tego z Chanelowego rozświetlacza i pełen zaskok 🙂 Ten tutaj również zasługuje na słowo uznania, bo świetnie wywiązuje się ze swojego zadania. Ładnie aplikuje produkt na skórę i super go rozblendowuje, nie tworząc żadnych plam.

Już w opakowaniu Heat Wave zachwyca. Wzór stylizowany skrzącymi promieniami słońca. Mnie ujął całkowicie i miałam kilka podejść do pierwszego razu, tak szkoda było mi to wszystko popsuć 🙂

Heat Wave, to przepięknie lśniące milionem drobinek szampańskie złotko. Nie są to żadne tandetne bazarowe drobinki ani efekt a’la disco ball.

Ma mięciutką konsystencję, rewelacyjną pigmentację, świetnie się nakłada i genialnie rozciera. Tworzy na policzku prześliczną poświatę i trwa na nim do samego wieczora. Cudownie ociepla i rozświetla buzię. Spełnia swoje zadanie w 100%. Ja jestem w Heat Wave absolutnie zakochana, nawet chyba bardziej niż w kultowym Modern Mercury.

Jeśli i Was uwiódł, to śpieszcie do drogerii, bo to edycja limitowana i pewnie szybko zniknie z półek.