Benefit Dallas

by
Od jakiegoś czasu mam straszną jazdę na różo-bronzery i częściej, niż po typowe róże, sięgam po bronzerowate kolory. Jednym z moich ulubionych jest Benefitowy Dallas. 

Opakowanie, jak to w Beneficie, dziewczęce i zabawne. Nie wiem jak Wy, ale ja bardzo lubię te pudełeczka. To moje trzecie i pewnie nie ostatnie 😉 Plus za lusterko i pędzelek, choć dla mnie nie ma to najmniejszego znaczenia, bo maluję się w domu przed dużym lustrem, używając pełnowymiarowych pędzli. Jednak jeśli ktoś ma ochotę nosić go ze sobą, na pewno ten fakt doceni.

Dallas to ciemny różowawy brąz. Idealne mieszanka różu z bronzerem. Coś co skradło moje serce! Ma w sobie malusieńkie drobinki, ale spokojnie, nie zrobią z nas kuli disco, tylko dadzą ładną delikatną poświatę. Ja takich odcieni nie używam do konturowania, więc absolutnie mi to nie przeszkadza, a wręcz dodaje uroku.

Fantastyczna pigmentacja, trzeba więc obchodzić się z nim ‘delikatnie’, ale skoro taki bladzioch jak ja nie zrobił sobie nim krzywdy, to nikomu się to udać nie powinno 😉 Nakładam go miękkim pędzlem i nigdy nie zdarzyły mi się żadne plamy ani smugi. Można swobodnie budować intensywność koloru, więc wiele karnacji powinno być z niego zadowolonych.

Hoola vs. Dallas

Efekt jaki uzyskujemy bardzo mi się podoba. Twarz jest ożywiona, jeszcze ładniej wykonturowana, wyszczuplona :] i subtelnie rozświetlona. Utrzymuje się na policzkach dobre kilka godzin, a mam tendencję do ciągłego dotykania twarzy. Gdy już zaczyna schodzić, to równomiernie, po prostu zaczyna blaknąć. Nawet gdybym chciała, to nie mogę na niego złego słowa powiedzieć 😉 Jest to produkt zdecydowanie wart polecenia!