MAC Stolen Moment

by
Stolen Moment, to jeden z ośmiu cieni Extra Dimension wchodzących w skład świątecznej kolekcji MAC Glamour Daze. Broniłam się przed nim jak mogłam, absolutnie go nie chciałam, bo nie lubię ’luźnych’ cieni, tylko preferuję palety, ale gdy zmacałam go na lotnisku, nie mogłam go nie wziąć.

Cień ma fenomenalną konsystencję, ponoć coś a’la żelki EL, ale sama ich nie miałam, więc nie potwierdzam, ani nie zaprzeczam 😉 Jest niezwykle miękki w dotyku, jakby wilgotny, fajnie kremowy i rewelacyjnie napigmentowany.

O ile jednak czuć tę miękkość dotykając cień palcem, do którego ekspresowo się przyczepia, to już podczas zabawy pędzlem, cień wydaje się być suchy. Dziwna sprawa. Niemniej jednak maluje się nim niezwykle łatwo i przyjemnie i nie sposób zrobić sobie krzywdę! Nie roluje się, nie zbiera w załamaniu, siedzi grzecznie na oku przez kawał dnia, choć ja generalnie problemu z ‚uciekającymi’ cieniami nie mam, więc może nie powinnam się w tej kwestii wypowiadać 😉

MAC Stolen Moment opisuje jako ziemisty brąz i taki jest na pierwszy rzut oka. Na skórze jest wielowymiarowy, trochę brązu, trochę taupe, trochę fioletu.

Idealny do szybkiego makijażu. Takiego jak w poprzednim poście, o który wiele z Was pytało. To właśnie Stolen Moment był głównym jego bohaterem 🙂 Nałożony na całą powiekę, w wewnętrznym kąciku Phloof!, załamanie delikatnie rozblendowane Patiną. Taki szybki zwyklaczek 🙂

Oczywiście aparat zjadł co mógł :/

Jestem oczarowana i mam ochotę na inne kolory. Jeśli macie w pobliżu salon MACa i jeszcze ich nie sprawdziłyście, zróbcie to koniecznie. O ile jeszcze się ostały, bo rozchodziły się ponoć jak świeże bułeczki 😉