Giorgio Armani Eyes To Kill

by
Och Dżordżio.. Jednymi z jego kultowych już chyba produktów są tusze do rzęs. Był bardzo popularny Maestro, którego nie miałam okazji wypróbować, bo został wycofany ze sprzedaży. Zostawiono na szczęście Eyes To Kill. A, że jestem maniaczką rzęsową, to musiałam koniecznie go wypróbować 🙂

Wg producenta: Dla mocnych, pełnych, idealnie rozdzielonych rzęs – maskara o konsystencji modelującego żelu na bazie technologii „Micro-fil” z dodatkiem mikrowosków i aktywnych składników zapewniających precyzję aplikacji – całość zapewnia łatwość nanoszenia, a w efekcie grube rzęsy podkręcone aż po końcówki. Asymetryczna szczoteczka ułatwia precyzyjną aplikację.

Pierwsze co zwraca uwagę przy tuszu Eyes To Kill jest jego opakowanie. Takie inne od wszystkich. Metalowe, masywne, toporne i ciężkie. Ale do tej wagi można się szybko przyzwyczaić i uznać, to nawet za zaletę, bo tusz czuć w dłoni i operuje się nim bardzo wygodnie.

Szczoteczka średnich rozmiarów, dość tradycyjna, bez żadnych udziwnień. Konsystencja tuszu przyjemnie kremowa, nie za gęsta, nie za rzadka.  Kolor steel black, czyli stalowa czerń.

Efekt na rzęsach bardzo mi się podoba! Tusz świetnie wydłuża, rozdziela, pogrubia i delikatnie podkręca rzęsy. Nadaje im wyrazistości, dodaje objętości i sprężystości. Trzyma się na swoim miejscu cały dzień, nic się nie kruszy, nie sypie, nie rozmazuje ani nie odbija.. a kiedy trzeba wszystko łatwo się zmywa.  Dżordżio znów skradł moje serce. Eyes To Kill ląduje na pierwszym miejscu mojej listy tuszowych debeściaków 🙂 Dzielić je musi co prawda z Helenkowym Pytonem, ale i tak zasługuje na wielkie uznanie.

Jedyne do czego można się przyczepić, to cena. 165 zł za tusz do rzęs, to jednak sporo!

Miłego dnia. Ja uciekam się dopakować, bo niedługo do pracy, a po pracy prosto na lotnisko.
Do zobaczenia w Polsce 🙂