YSL Volume Effet Faux Cils Shocking Mascara

by
Część kolejna moich tuszowych eksperymentów. Tym razem padło na mojego długoletniego faworyta w dziedzinie tuszy do rzęs, czyli YSL. Od lat moim ulubieńcem był / jest Faux Cils, poszłam
więc troszkę za ciosem i skusiłam się na Faux Cils Shocking, licząc, że efekt będzie równie piorunujący.
Wg producenta: Luksusowa objętość w każdym wymiarze. Innowacyjna technologicznie spiralna szczoteczka o asymetrycznym kształcie, zapewnia rzęsom natychmiastowy, szokujący efekt. Niewiarygodna formuła nadająca objętość kreuje szokujący efekt sztucznych rzęs.
Opakowanie: oceniam opakowanie testerowe, ale wiemy wszystkie jak spakowane są tusze YSL. Śliczne złote, eleganckie.

Szczoteczka: asymetryczna, spiralna, z jednej strony ma włoski gęściej, z drugiej rzadziej.

Konsystencja: dziwnie papkowata, po niedługim czasie podsycha.
Kolor: ładna, intensywna, głęboka czerń.
Zapach: delikatny, przyjemny – typowy dla tuszy YSL.

Moje wrażenia: Tragedia! Przede wszystkim okropnie skleja rzęsy, tworzy grudki i owadzie nóżki. Do tego koszmarnie się kruszy i osypuje. OK, troszkę wydłuża, ale to koniec jego zalet. Nie pogrubia ani nie podkręca. Rzęsy są sztywne i brzydkie. Na domiar złego tusz szybko wysycha. Mocno mnie to nie zaskoczyło, bo to samo działo się z Faux Cils, ale jemu byłam to w stanie wybaczyć za efekty jakie dawał. Tutaj kompletna klapa.

Cena: 145 zł / 6.4 ml
Nie wiem co mnie skusiło, żeby go kupić. Na szczęście to tylko miniaturka, więc wielkiego żalu nie ma. Oczekiwałam zdecydowanie czegoś innego. To jeden z gorszych, jeśli nie najgorszy, tusz wysokopółkowy jaki miałam przyjemność, lub nieprzyjemność, używać. Shocking mnie zszokował, ale nie takiego szoku się spodziewałam.