LUSHowy przewodnik cz. 2

by
Witajcie w drugiej części mojego Lushowego poradnika. Część pierwszą, dotyczącą pielęgnacji twarzy znajdziecie TU.

Dziś oddamy się troszkę relaksowi, bo post będzie o Lushowej kąpieli 😉

  • Bomby Bath Bombs

Bomby do kąpieli, które po wrzuceniu do wody wariują i buzują, delikatnie przy tym barwiąc wodę. Ot tyle. Dla mnie niepotrzebny wymysł i strata pieniędzy. Miałam Dragon’s Egg i więcej nie chcę. Pachniał orzeźwiającymi cytrusami i miał w sobie pół tony brokatu. Minusem jest też to, że kule są spore (wiem, to akurat plus), w związku z czym można by było je poporcjować i użyć choć 2 czy 3 razy. Ciężka sprawa jednak, bo kule są cholernie twarde i zbite i po próbie przekrojenia rozpadają się na kawałki. Niby w użytkowaniu przeszkadzać nie powinno, ale nie dla mnie to i tyle.

Cena: £1.85 – £3.95 / 1 szt.

  • Luxury Bath Melts

Ma to to za zadanie roztopić się w wodzie i ją zmiękczyć. Miałam Mmmelting Marshmallow i mój stosunek jest raczej obojętny, ni mnie to parzy ni ziębi. Topiło się wolno, ciutkę buzowało, nie tak jak Bath Bombs, bardziej jak wapno buzuje w szklance 😉 Pachniało trochę zbyt słodko. Po kąpieli skóra była rzeczywiście trochę nawilżona i zmiękczona. Niby fajnie, ale chyba jednak jestem fanką kąpieli z pianką 🙂

Cena: £2.95 – £3.99 / 30 – 100 g

  • Bubble Bars

Uwielbiam! Nie jest to może produkt bez którego żyć nie mogę, tym bardziej, że jestem fanką prysznica, a kąpiel to tak tylko od czasu do czasu. Jednak jak już leję wodę do wanny, to nie może w niej zabraknąć bubble bar’a 🙂 Cała filozofia polega na rozgnieceniu kostki pod strumieniem wody. W efekcie otrzymamy kosmiczną pianę (nawet z połówki), nieziemski zapach, kolorową, zmiękczoną wodę i niesamowity relaks w pakiecie 😉 Prawdziwa aromaterapia i rozkosz dla wszystkich zmysłów. Moimi faworytami są świąteczne Gingerbread House, Christmas Eve i Candy Mountain. Z regularnej oferty Lusha wielbię Creamy Candy, Pop In The Bath oraz The Comforter. Nie przypadł mi do gustu natomiast Blue Skies and Fluffy White Clouds.

Można się spierać czy warto wydać na to coś 10-20 zł. Moim zdaniem tak! Ja swojego relaksu, odprężenia i przyjemności nie wyceniam 😉

Cena: £2.45 – £4.15 / 1 szt.
  • MydłaSoaps

Kiedyś bardzo lubiłam. Na obecną chwilę są mi obojętne. Przetestowałam większość i szał mi minął 😉 Wolę jednak mydła w płynie, a pod prysznic płyn czy olejek. Jeśli w tym momencie miałabym wybrać moje ulubione, to byłyby to zdecydowanie Honey I Washed the Kids oraz Sultana of Soap. Bardzo je lubię za boskie zapachy, fajną kremowatość oraz brak wysuszenia mojej już wystarczająco suchej skóry. Mam też miłe wspomnienia z The Godmother, ale po jakimś czasie zapach zaczął mnie trochę drażnić, tak samo w przypadku świątecznego Angel’s Delight. Fankom orzeźwiających cytrusowych zapachów polecam Sexy Peel oraz mój ukochany, dostępny niestety tylko w okresie świątecznym Snow Globe, idealne na poranny prysznic. Nie znosiłam za to świątecznego Snowcake, który według Lusha był połączeniem marcepanu z migdałami, a mi tak dawał klejem biurowym, że po kilku użyciach na samo wspomnienie robiło mi się niedobrze. Miałam również Dirty Soap i choć zapach był przyjemny, to farbował na niebiesko wodę, przez co robił wokół mały syf. Nie przepadam za Porridge, który ma w sobie ziarna owsa (owsu?), które mają pilingować. Brzmi fajnie, ale w użytkowaniu już trochę mniej. Mydło między ziarnami się wypłukuje i na powierzchni zostają same ziarna. Do pilingu ok, ale do mycia już nie. Nie znoszę Rock Star za koszmarnie słodki, sztuczny zapach. Nie lubiłam też letniej limitki Summer Pudding za ogromne kawałki owoców i małą ilość mydła w mydle, przez co używanie go było wielkim wyzwaniem. Choć w przypadku tego typu mydeł wszystko zależy na jaki kawałek trafimy, gdyż jedne są bardziej, a inne mniej ‚owocowe’.

Cena: £2.95 – £5.95 / 100 g

Słowem podsumowania, z kategorii kąpielowej moimi zdecydowanym faworytami są bubble bary. Możecie również spróbować kultowych już chyba mydeł Lusha. Reszta, moim zdaniem, nie jest warta uwagi. Decyzja jednak należy tylko do Was 🙂