Helena Rubinstein Lash Queen Fatal Blacks

by
Jakiś czas temu naszło mnie na testowanie mascar 🙂 Aż dziwne, bo po wcześniejszych, mniej lub bardziej udanych próbach, moim faworytem został YSL Faux Cils i byłam mu wierna przez kilka opakowań. Miałam też małą obsesję i otwarty mogłam mieć tylko 1 tusz i dopiero jak go zużyłam, otwierałam nowy. Jak mawiają jednak kobieta zmienną jest, więc i mnie naszło na testy i próby coraz to nowych 😉 Jako, że nigdy nie miałam słynnej i chyba już kultowej mascary Heleny Rubinstein postanowiłam w końcu spróbować. Padło na ówczesną nowość Lash Queen Fatal Blacks.
Wg producenta: luksusowa, innowacyjna szczoteczka daje efekt otwartego oka. Rzęsy są podniesione od nasady i dają niebezpiecznie drapieżny wygląd. Wodoodporna formuła ultra-grip natychmiastowo obejmuje i podnosi rzęsy, które jak zaczarowane zwiększają swoją objętość dla widocznie szerszego spojrzenia.
Opakowanie: oceniam wersję mini, ale myślę, że wszystkie wiemy jak wygląda pełnowymiarowe opakowanie – typowa dla tuszy HR panterka, tym razem coś a’la wężowa skórka.
zdjęcie z netu
Szczoteczka: w kształcie głowy pytona.
Konsystencja: lekka i fajnie płynna. Używam tuszu od jakichś 2-3 miesięcy (na zmianę z innymi) i naprawdę niewiele się z nią stało, może tylko troszkę zgęstniała.
Kolor: 01 Magnetic Black – ładna, głęboka czerń
Zapach: typowy dla tuszy do rzęs, nic specjalnego
Moje wrażenia: początkowo dramat, wielkie rozczarowanie i ulga, że to tylko miniaturka, a nie pełnowymiarowe opakowanie, bo żal mniejszy. Nie umiałam za nic obsłużyć tej szczoteczki. Jakkolwiek przykładałam ją do oka, miałam uwalone od tuszu całe powieki a sam wygląd rzęs pozostawiał do życzenia. Zrezygnowana sobie odpuściłam. Kilka dni później postanowiłam dać Helence drugą szansę i na spokojnie obadałam całą szczoteczkę i postanowiłam wymyślić jakąś mniej szkodliwą metodę jej obsługi. Nie było zachwytu od razu, doświadczona początkową porażką, podeszłam do tematu raczej z dystansem. Z każdym użyciem było coraz lepiej i okazało się, że szczoteczka świetnie pokrywa rzęsy od nasady aż po same końce, a jej obsługa jest niezwykle prosta i wygodna. Wklęsłą częścią wydłużamy i podnosimy rzęsy do góry, wypukłą je rozdzielamy, jeśli jest taka konieczność, a cienką końcówką docieramy do kącików oka. Rzęsy są cudownie podkręcone, świetnie rozdzielone, wydłużone, pogrubione, zagęszczone, a do tego niezwykle sprężyste. Tusz się nie kruszy, nie osypuje ani nie grudkuje. Czego chcieć więcej? 🙂

Cena: 149 zł / 7g
Podsumowując, tusz jest świetny, wystarczy tylko nauczyć się obsługi szczoteczki. Na początku efekty mogą być mniej lub bardziej opłakane, ale ostatecznie w Pytonku chyba każdy się zakocha 🙂 Jest to kolejny tusz do rzęs, który ląduje na liście moich ulubionych! Szczerze polecam zakup mini opakowania, bo jest sporo tańsze od pełnowymiarowego, a starcza na naprawdę długo.

a co z moimi rzęsami, hę? 😛