Zużycia #1

by
Od nowego roku zabrałam się intensywnie za wykańczanie wszystkiego co mam już otwarte i tego co zalega mi w szufladach, szafkach, pudełeczkach i innych koszyczkach, w związku z czym postanowiłam wcielić w życie serię postów na temat comiesięcznych zużyć 🙂
Oto z czym pożegnałam się w miesiącu styczniu:

Ta partia była dość łatwa do wykończenia, bo wszystko miałam otwarte i zużyte już w jakimś stopniu, więc tylko dobiłam do dna 🙂 Zobaczymy jak będzie szło dalej 🙂

MAC Complete Comfort Creme – kupiłam go z braku laku, gdy nie mieli w MACu mojego ulubionego Studio Moisture Cream.  Trafiło się ślepej kurze ziarno, bo okazał się świetny! Cudownie nawilżał, szybko się wchłaniał, rewelacyjnie sprawował się jako krem pod makijaż, przyjemnie pachniał i w ogóle oh i ah 🙂 Na pewno jeszcze kiedyś do niego wrócę!

Lancome Genifique – nie wiem na ile można ocenić produkt używając małego próbkowego opakowania, ale cudów nie zauważyłam. Mam jeszcze kilka takich maluszków, więc zobaczymy za jakiś czas co z tego wyjdzie.

Lancome Tonique Eclat – tonik jak to tonik 🙂 na pewno świetnie oczyszczał i przyjemnie pachniał. Choć wyczuwalna w nim była nutka alkoholu, to nie wysuszał.

MUFE Gentle Milk – jedno z niewielu mleczek jakie nie podrażniało mi oczu. Świetnie czyścił zarówno twarz jak i oczy, przyjemnie pachniał, ale nie do końca zgodzę się z tym, że nawilżał. Co prawda skóry nie ściągał, ale pozostawiał ją taką trochę tępą. Zdecydowanie wolę micele 🙂 Plus za opakowanie z pompką – uwielbiam takie 🙂

Lush Catastrophe Cosmetics – to moje kolejne opakowanie i na pewno będzie jeszcze wiele kolejnych. Pisałam o nim tutaj. Absolutnie nic się nie zmieniło. Nadal go kocham 🙂

Lush Snow Fairy – polubiłam się ostatnio z Lushowymi płynami. Zachwyt nad mydłami dawno mi przeszedł i używam ich od święta 😉 Płyny natomiast codziennie. Snow Fairy to świąteczna limitka. Różowa, mega słodka i mega cukierkowa. Jest ok, mam jeszcze jedno opakowanie, sama nie wiem czemu 😉 Nie zaliczyłabym na pewno go do grona swoich ulubieńców. Muszę mieć dzień na tę słodycz.

Lancome Doll Eyes – pisałam już Wam o nim tutaj. Od tamtego czasu niewiele się zmieniło, poza tym, że tusz troszkę podeschnął i trzeba było się ciut bardziej namachać, żeby uzyskać zamierzony efekt. Ale wszystkie tusze przecież wysychają 🙂 Ten i tak jak na małe opakowanie całkiem długo mi służył. Bardzo się polubiliśmy. W kolejce czeka pełnowymiarowe opakowanie 😉 Najpierw muszę tylko potestować inne cuda! 😀

YSL Touche Eclat – cudowny i wspaniały. Kupiłam go kiedyś w zestawie z tuszem do rzęs, więc nie mam pojęcia jaki to był numerek. Miał cudownie lekką konsystencję, idealną na okolice pod oczami, rewelacyjnie się rozprowadzał, świetnie wyglądał i co najważniejsze nieziemsko rozjaśniał i rozświetlał! Nie jest do produkt kryjący cienie czy worki pod oczami. Ale jeśli ktoś, tak jak ja, szuka rozjaśnienia spojrzenia, a nie wielkiego krycia, to bardzo polecam. Zdecydowanie mój faworyt!

Znacie coś z mojej listy? Używacie, lubicie czy niekoniecznie?

Tak tylko informacyjnie, zaczął się luty, więc i rok od założenia mojego bloga 🙂 Szykuję dla Was jakieś rozdanko 🙂 Nie wiem kiedy się ogarnę, ale postaram szybko. Na pewno w lutym! 🙂