Róże: cz. 1 – NARS – swatche

by
Róże NARSa spakowane są w prostokątne czarne opakowania z białym nadrukiem. Wizualnie śliczne, ale wykonane z bardzo brudzącego się, łapiącego każdy syf gumowatego plastiku.
Wszystkie są bardzo dobrze napigmentowane, łatwe w aplikacji i świetnie się blendują.

cena: £20.50 / 4.8 g

Obecnie mam 3 róże NARSa i narastającą chrapkę na kolejne 😀 Jednak przy liczebym stanie moich róży, powinnam sobie odpuscić. Jestem jednak tak bardzo podatna na pokusy 😛

Najbardziej z nich lubię Deep Throat za naturalność i uniwersalność.

Angelika – intensywny trochę cukierkowy róż ze srebrnym połyskiem. Bardzo dziewczęcy. Ze względu na ten srebrny shimmer trzeba trochę uważać, bo można przedobrzyć efekt. Jednak przy aplikacji lekką ręką daje piękne zdrowe wypieki.

Deep Throat – delikatny, ciepły koralowy róż z bardzo delikatnym połyskiem (subtelniejszy niż w Orgasm’ie i inny niż w Angelice). Daje świeży wygląd i piękny naturalny rumieniec. Połysk jest bardzo delikatny i ‘glow’. Bardzo go lubię.

Orgasm – brzoskwiniowo-koralowy róż ze złotym shimmerem. Daje zdrowy rumieniec. Chwytliwa nazwa i dobra kampania reklamowa zrobiła z tego różu przedmiot pożądania wielu kobiet. Opinie są dość kontrowersyjne – jedni kochają, inni nienawidzą. Dużo osób narzeka na jego złote drobinki, które błyszczą na twarzy jak kula dyskotekowa. U mnie coś takiego się nie dzieje. Nie wiem czy z moim egzemplarzem jest coś nie tak, ale z 3 NARSowych róży, które posiadam, ten jest najmniej napigmentowany, w związku z czym nie można zrobić sobie nim krzywdy. Drobinki natomiast są dość subtelne i dają po prostu fajny ‘glow’. Lubię go, ale dupy może nie urywa 😛 Zaliczam go do katergorii ‘fajnie mieć’, a nie ‘muszę mieć’.
Moim zdaniem róże NARSa są godne uwagi i zainteresowania. W ofercie znajduje się kilka ciekawych kolorków i każdy powinien znaleźć coś dla siebie. Ja na pewno na jakiś się jeszcze skuszę, bo zaskoczyła mnie łatwość aplikacji i fajny ‚glow’ jakie dają 🙂